Żart? Bynajmniej... Gdyby nie to, że doświadczyłam tego sama, zapewne nie uwierzyłabym, że to w ogóle możliwe. Ale shit happens i jakoś trzeba z tym dalej żyć. Tylko jakoś zupełnie nie mam pojęcia jak.
Po pierwszym załamaniu, przyszła refleksja - oto zupełnie niepostrzeżenie opuściłam szeregi przeciętnych obywateli - tych z normalnymi życiorysami i poukładanym światem i wkroczyłam na zupełnie nieznany teren Samotnych Rodziców, a może raczej Samotnych Matek, bo Samotnego Ojca nie znam ani jednego. W przerwach pomiędzy wycieraniem zakatarzonego noska, śpiewaniem piosenek i mieszaniem herbatki pomyślałam sobie, że oto zaczyna się jakiś zupełnie nowy rozdział w moim życiu. Zaczęłam szukać informacji - jak żyją tacy Samotni Rodzice, jak sobie radzą, o czym piszą. Takich informacji nie było u wujka Googla zbyt wiele. Być może dlatego, że SR to chyba najbardziej zapracowana i niewyspana grupa społeczna, więc może nieczęsto trafia się jakaś okazja do opisywania swojego stanu. Jak będzie?
Powoli zaczynam odczuwać efekty funkcjonowania na pełnych obrotach - jestem koszmarnie zmęczona, od noszenia pociechy bolą mnie plecy i już drugi tydzień biegam do pracy z niedoleczoną grypą. Rodzina patrzy na mnie z politowaniem jak na ostatnią ofiarę losu. Nie czuję się szczęśliwa, chociaż bywają chwile, że nie jest źle, oraz takie kiedy jest nawet całkiem dobrze. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy nabyłam wiele nowych umiejętności, o które nigdy bym się nie podejrzewała. Potrafię na przykład synchronicznie: zabawiać malucha, gotować, sprzątać i robić nadgodziny. Mogę znieść z drugiego piętra 16 kg w jednej ręce, w drugiej niosąc rowerek :) Pomyślałam sobie, w przypływie samozachwytu, że mogę nawet napisać bloga o samotnym rodzicielstwie i opisać swoją drogę. Na razie jestem na jej początku. Sama nie wiem co będzie dalej...